osod@osod.info +48 (12) 625 46 13

Hanna- MAŁY WOJOWNIK (Moja historia)

Hania ma trzy latka i jest zgłoszona do wyprzedzającego przeszczepienia nerki. Co jest powodem, że jej nerki przestają funkcjonować? Jak zaczęła się choroba nerek u Hani?

W 21 tygodniu ciąży, na badaniu prenatalnym, lekarz robiący USG powiedział, że widzi dwie hiperechogeniczne nerki. Powiedział, że dziecko ma prawdopodobnie liczne torbiele na nerkach i że jest to wielotorbielowatość typu recesywnego. Do końca ciąży obserwowaliśmy ilość wód płodowych i czy nerki rosną. Wody płodowe były w normie, dziecko rozwijało się prawidłowo. Urodziła się o czasie, siłami natury, 9 pkt w skali Apgar, 3 kg, 51 cm.

W rodzinie nie są znane żadne przypadki niewydolności nerek. Po urodzeniu nie potrzebowała wsparcia w podtrzymywaniu funkcji życiowych. Po gruntownym przebadaniu diagnoza, tzn. liczne torbiele na obu nerkach, potwierdziła się. Stwierdzono także kardiomiopatię przerostową serca. Na szczęście okazało się później, że miała ona charakter fizjologiczny, prawdopodobnie jako skutek cukrzycy ciążowej. Po roku serduszko wróciło do prawidłowych rozmiarów. I tak jest do dziś.

Dziecko, po trzech tygodniach, zostało przetransportowane do szpitala w Warszawie, gdzie bardzo szybko zmieniono diagnozę na dysplazję torbielowatą. Zrobiono także badania genetyczne w kierunku ciliopatii. Okazało się, że jeden allel w chromosomie jest potencjalnie patogenny. Skutkuje to przede wszystkim tym, że jest problem w prawidłowym funkcjonowaniu rzęsek ruchomych i dziecko ma trudności z usuwaniem wydzielin. Prawdopodobnie też miało to wpływ na proces rozwoju nerek, jednak nie mamy pewności.

Na jakim etapie jest teraz choroba nerek u Hani? Co oznacza dla niej dysplazja wielotorbielowata nerek?

Hanny nerki nie rosną od urodzenia. Mają wielkość nerek noworodkowych tj. około 4,5 cm. Są bardzo zniszczone przez torbiele, które wyraźnie widać na USG. Największe torbiele są wielkości około 6 mm. Tkanka nerkowa jest bardzo zniszczona. Nie widać ani kielichów, ani cewek. Wszystko jest zatarte. Obecnie mamy już 5 stadium niewydolności nerek. GFR oscyluje pomiędzy 9-11. Jednakże stan dziecka jest stabilny. Jedynie kreatynina powolutku rośnie. W tej chwili jest na poziomie 3,2 – 3,5. Natomiast inne parametry są naprawdę dobre, dlatego jeszcze nie rozpoczął się proces dializoterapii. Mocznik utrzymuje się w granicach 50-70, potas i fosfor udaje się utrzymać dietą w normie, sód jest uzupełniany, brak nadciśnienia, morfologia bardzo dobra (ponad rok już bez EPO), poliuria.

Choroba przede wszystkim odbiła się na braku łaknienia (założony Peg) oraz wzroście (obecnie tylko 79 cm, lecz wdrożono już leczenie hormonem wzrostu). Dziecko pogodne, wesołe, rozwija się w swoim tempie. Po roku, dzięki ciężkiej pracy nieustępliwej rehabilitantki p. Marty, w wieku dwóch lat, stanęła na własnych nogach. Obecnie biega i buzia jej się nie zamyka.

Pani Doktor kiedyś, przy studentach, poprawiała mnie, że nie jest to dysplazja wielotorbielowata, tylko dysplazja torbielowata. Nie wiem jaka jest różnica, ale pewnie jest. Dlatego też, od tej pory, operuję nazwą obustronna dysplazja torbielowata nerek w wywiadzie z ciliopatią.

Musisz być bardzo zaniepokojona zdrowiem dziecka i jej przyszłością tym bardziej słysząc nowe diagnozy. Jak wygląda obecnie opieka nad córką, co najwięcej wymaga uwagi?

Bardzo martwiłam się przyszłością córki zaraz po urodzeniu. Wtedy miałam inną wizję macierzyństwa, takiego bez szpitala, bez cierpienia i bólu. Teraz, z upływem czasu, nauczyłam się żyć tym co tu i teraz. Stan dziecka może nieraz tak zaskoczyć, że nie jestem w stanie przewidzieć co będę robić za kilka dni. Właśnie dlatego przestałam myśleć o odległej przyszłości. Wiem, że cokolwiek się stanie, moje dziecko będzie miało ciężko. No, ale zawsze nadzieja w medycynie i w Panu Bogu. Na chwilę obecną największym dla mnie problemem jest żywienie dojelitowe. Nie technika, a fakt, że moje dziecko nie je doustnie. Czasem odczuwam to jako porażkę rodzicielską. Bardzo boli mnie fakt, że moje dziecko zamiast doustnie, dostaje jedzenie rurką do brzuszka. Nie umiem jej zmusić, nie umiem nauczyć. A ona, czym starsza, tym żywienie dojelitowe staje się dla niej normą. Tak nie powinno być, ale jest. I te pytania: To ona jeszcze nie je? Ja bym ją nauczyła? Chętnie bym oddała Hannę takiej osobie, niech nauczy. Hanna jest stabilna, dzięki czemu nie przyjmuje wielu leków. Najgorsze jest to cierpienie i traumy. Przestała mi ufać i nie chce wychodzić z domu. Boi się, że albo ją wiozę do szpitala, albo na pobranie, albo do dentysty, albo na jakieś badanie. Najbezpieczniej w domku. Choroba zabrała jej ciekawość świata, ale jest bardzo pogodna i uśmiechnięta. Muszę bardzo pilnować diurezy. No i ten przyrost wagi i wzrostu. Ciężka praca, a wyniki marne. Więcej nie jestem w stanie jej wcisnąć, by nie wymiotowała.

Inne mamy małych dzieci z chorobą nerek również mówią o trudnościach z karmieniem. Jednak spożywanie odpowiedniej żywności w odpowiednich ilościach może poprawić rozwój dziecka, jego samopoczucie oraz zapobiega lub opóźnia postęp przewlekłej choroby nerek. Problemem jest brak apetytu u Hani, pragnienia, odczucia głodu, zatrucie organizmu? Może Hania nie lubi tych pokarmów, które są dla niej a z chęcią zje to co lubi? Kto pomaga Ci ułożyć i dostosować potrzeby żywieniowe w tak skomplikowanej diecie?

Gdy dowiedziałam się, że moja córeczka ma chore nerki, nie byłam świadoma, że największym problem będzie karmienie. Mimo, że po urodzeniu córeczka pięknie zaciągnęła cyca, a później jadła z butelki ten stan bardzo szybko się skończył. Hanusia, jak przyjmowała ogólnodostępne mleko, nie wymiotowała. Jednakże parametry nerkowe, szczególnie mocznik nie pozwalały na takie żywienie. Zostało wprowadzone specjalistyczne mleko, sprowadzane z zagranicy za zgodą Ministerstwa Zdrowia. I wtedy zaczęły się przysłowiowe schody. Ciągłe wymioty, torsje. Nawet powroty do wcześniejszego mleka nie działały. Po pół roku walki z wymiotami (kilkanaście razy dziennie), ciągłymi odwodnieniami, przy wadze 4,2 kg została podjęta decyzja o założeniu Pega. Straszna trauma dla matki. Moje dziecko je przez rurkę. Teraz mogę to głośno powiedzieć, nie bez emocji, ale wtedy był to dramat. Oczywiście walczyłam i walczę o jedzenie doustne, gdyż w założeniu, Peg miał być jako wsparcie. Wymioty nie ustały, ale było troszkę prościej aby uzupełniać. Po kolejnym pół roku dziecko ważyło zaledwie 5,7 kg . Dramat. Strasznie cierpiała. Nie spała, była bardzo słaba. Nie miała siły uczyć się siadać czy chodzić. Parametry nerkowe nie były złe. Okazało się że dziecko nabawiło się zapalenia jelit. Ale to odrębna i długa historia. Moja Pani Doktor nefrolog tłumaczyła, że ze swojego doświadczenia wie, że maluchy “nerkowe” odrzucają mleko, bo “czują” że białko im szkodzi. Lepiej zaczęło się dziać z maluchem, gdy w wieku 18 miesięcy całkowicie odstawiłam mleko, a wprowadziłam kaszki niskobiałkowe i jedzenie domowe. A jedzenie doustne? W miarę jak postępowały wymioty dziecko rezygnowało z jedzenia doustnego. Miałam wrażenie, że znała smak jedzenia cofającego się i nie chciała świadomie jeść. Takie moje osobiste obserwacje. Obecnie w wieku 3,5 roku całkowicie odmówiła jedzenia doustnego. Jest już mądrą dziewczynką, potrafi sama wyrazić swoje zdanie i zdecydowała, że “nie”. Ucieka przed jedzeniem, a rękę z łyżką kopie i bije. Dramat. A przyczyny tego stanu? Myślę, że wiele kwestii się na to składa. Zatrucie organizmu skutkuje przede wszystkim brakiem łaknienia. Układ pokarmowy bardzo cierpi. Mdłości, opóźnione opróżnianie żołądka, słaba perystaltyka jelit, a przede wszystkim słabe wchłanianie. Było nawet tak, że po trzech godzinach dziecko wymiotowało całkowicie niestrawionym jedzeniem. A tu trzeba było podawać następną porcję. Dietę mamy ustaloną przez dietetyka. Jest to dieta niskobiałkowa i niskofosforanowa. Obecnie z potasem nie mamy problemów. Całkowicie wyeliminowane mleko. Walczymy o jedzenie doustne, jednakże na tym polu ponoszę codziennie sromotną klęskę. Współpracujemy ze specjalistami, ale Maluszek nadal nie ma ochoty jeść. Czasem weźmie coś z ciekawości do rączki, a nawet do ust, ale nie przełyka. Cały rok w szpitalu, spowodował też wiele zaburzeń natury sensorycznej. Dziecko, pozbawione bodźców z zewnątrz, ma ogromną nadwrażliwość w rączkach. Nie toleruje nic mokrego i nic co brudzi. Wycierając wymioty z buźki nauczyła się, że szybko trzeba rączki umyć. A wiadomo jedzenie jest przede wszystkim mokre i brudzi. Na tym polu czuję ogromną klęskę. Czuję się bezsilna w tej walce i mam świadomość, że się już powoli poddaję. Myśl, że moje dziecko ciągle jest żywione rurką, napawa mnie ogromnym smutkiem. Zaznaczam, że córeczka od urodzenia ma schyłkową niewydolność nerek i nie jest jeszcze dializowana. Liczę, po cichu, że po przeszczepie będzie lepiej. Najgorszy jest fakt, że z upływem czasu dziecko taki sposób karmienia uważa za normalny.

Masz zaufanie do lekarzy? Jesteś partnerem w leczeniu jako największy adwokat swojego dziecka? Wskaż najważniejsze cechy, jakich poszukujesz u lekarzy Twojej córki.

Zawsze powtarzam, że najlepsze co nas spotkało w obliczu choroby, to wspaniali lekarze nefrolodzy i wspierające pielęgniarki. Trafiliśmy do szpitala klinicznego, gdzie lekarze uczą przyszłych lekarzy. Z jednej strony to troszkę uciążliwe, gdyż lekarze muszą dzielić swój czas pomiędzy pacjentem a studentem. Jednak z drugiej strony, mam świadomość, że są cały czas na bieżąco, gdyż bycie nauczycielem do tego zobowiązuje. Najważniejsze to zaufanie do lekarza prowadzącego. To nie jest łatwe, tym bardziej na początku drogi, gdy praktycznie nic się o chorobie nie wie i “siedzi się” w otchłani rozpaczy. Ja trafiłam na wspaniałą Panią Doktor u której profesjonalizm, ogromna wiedza i pasja mieszają się z empatią i ogromnym wsparciem dla rodzica. Zawsze powtarzam studentom, żeby nie zapominali o tym przerażonym rodzicu przy łóżku. Zawsze czułam się równoprawnym partnerem w walce o zdrowie mojego dziecka. Natomiast w miarę upływu czasu, kiedy to z pasją pogłębiałam i pogłębiam wiedzę, potrafię zadać pytanie i zrozumieć odpowiedź. Nigdy żaden lekarz nie traktował mnie z góry. Z cierpliwością zawsze mi wyjaśniano wszelkie zagadnienia. Obecnie mamy drugą Panią Doktor prowadzącą i powiem tak, czuję, że moje dziecko jest zaopiekowane i ja też. Takie wsparcie i profesjonalizm spotkałam niestety tylko w ośrodku, który prowadzi Hannę. W kontakcie z innymi specjalistami, poza szpitalem, spotkałam się głównie ze strachem przed dzieckiem przewlekle chorym. Widać brak wiedzy i co za tym idzie profesjonalizmu. Tak jakby dziecko przewlekle chore nie mogło mieć np. uczulenia czy innej przypadłości. Niewiedza i strach polega przede wszystkim na tym, że mało który lekarz wie jaki lek podać, w jakiej dawce, aby dziecku nie zaszkodzić. To jest dramat. Dobrze, że mam gdzie zadzwonić i skonsultować, ale nie zawsze mogę. I to mnie najbardziej boli, że lekarze tzw. specjaliści wolą przypadki jasne, bez obciążeń. Cenię lekarzy odważnych, gdyż uważam, że lepiej ponieść klęskę ryzykując niż nie robiąc nic.

Czym pozytywnym zaskoczyła Cię ostatnio Hania? Czujesz, że jest szczęśliwa?

Ostatnio najbardziej zachwyca mnie tempo rozwoju mowy. Hanna mówi coraz więcej. Z każdy dniem zasób słów jest coraz bogatszy, buduje coraz to dłuższe zdania, używając nawet czasowników. Jest to dla mnie bardzo ważne, gdyż do trzeciego roku życia mówiła pojedyncze słowa, praktycznie bez potrzeby komunikacji. Pięknie reaguje na polecenia i mam wrażenie, że wszystko rozumie. Cieszę się bardzo. Uważam, że mimo ciągłych doświadczeń bólowych i traumatycznych Hanna jest szczęśliwym dzieckiem. Jest bardzo pogodna, dużo się uśmiecha, przytula i bawi. Staramy się stwarzać jej jak najwięcej okazji do szczęścia. Jest to bardzo trudne dzieciństwo, ale należy pamiętać, że to dzieciństwo. I każde dziecko ma prawo je przeżyć według swoich zasad mimo, że choroba każdego dnia daje o sobie znać.

Rozmawiał ktoś z Wami o przeszczepie rodzimym?

Nie, nikt z nami nie rozmawiał o przeszczepie rodzinnym. Myślę, że spowodowane jest to także faktem, że Hanna jest malutka i nerka od dorosłego jej nie pasuje. A może po prostu muszę sama zapytać, zacząć temat.

Chciałam podzielić się jeszcze taką refleksją. Dziś byłam u Pana Doktora w poradni rodzinnej. Usłyszałam tam bardzo budujące słowa, że swoją pracą uratowałam Hannie życie. Nakład pracy, przy tak chorym maluchu, jest ogromny. Dzieciątko nie rozumie dlaczego cierpi, często nie współpracuje, a walczyć trzeba. Dziękuję Panie Doktorze za słowa wsparcia.

Masz duże obawy przed kolejną ciążą, czy w ogóle rozważasz? Hania to jedyne Wasze dziecko?

Nie mam obaw przed kolejną ciążą, gdyż mam także oprócz Hanny wspaniałą 12-letnią córkę Julię. Czasem myślę o ewentualnych wnukach. Czy córka, szczególnie ta starsza, nie będzie bała się zajść w ciążę w obawie przed chorobą? Ostatnio mąż zwrócił mi uwagę, że może nie chcieć dziecka, widząc od małego, ile wyrzeczeń, pracy, bólu rodzi opieka nad chorym dzieckiem. Ja jestem wdzięczna losowi, że pierwsza córeczka pokazała mi jak wygląda beztroskie macierzyństwo, gdzie głównym problemem jest katar. Byłam na przedstawieniach w żłobku, przedszkolu. Prowadziłam do pierwszej klasy. Płakałam ze wzruszenia.

Dlaczego mówi się, że w chorobach przewlekłych choruje nie tylko pacjent, ale i cała rodzina? Jak to wygląda w Waszym przypadku? Jak chorobę dziecka przyjął i znosi tata oraz siostra Hani?

Zgadzam się z pełną odpowiedzialnością ze stwierdzeniem, że przy przewlekłej chorobie cierpi cała rodzina. Niestety, inaczej się nie da. Nie czuję się absolutnie upoważniona do wyrażania opinii na temat samopoczucia mojego męża. Pewnie sama do końca nie mam o tym wiedzy. Ale chcę zaznaczyć, że mój mąż, jest najlepszym ojcem jakiego w życiu spotkałam. Takim, co odbiera ze szpitala, a dziecko biegnie wtedy z ogromnym uśmiechem na twarzy. To tata, który bawi się, podrzuca do góry, przytula, całuje. To jest bardzo ważne, szczególnie dla dziecka, które ciągle musi zmagać się z cierpieniem. Tata to taki powiew normalności. Jak pojawia się na horyzoncie, to na pewno będzie miło i bezpiecznie. Nawet codzienne zastrzyki mniej bolą, gdy tato z uśmiechem na twarzy podaje.

Uważam, że bardzo ucierpiała moja starsza córeczka. Musiała szybko dorosnąć. Mówiła, że nie zyskała siostry, a straciła mamę. Wizyty w szpitalu, odległym od domu o 200 km co 10 dni sprawiły, że 8-letnia dziewczynka była praktycznie bez mamy. A jak mama wracała, to też nie miała ani czasu, ani humoru, aby bawić się czy spędzać razem czas. Już tego nie cofnę, nie odbuduję. Córka ma teraz 12 lat. Jest już nastolatką i ma swój świat do którego nie zawsze chce mnie wpuścić. Niestety. O sobie bardzo trudno mówić. Jestem mamą i walka o życie dziecka jest już w tą rolę wbudowana. Ale…. Boleśnie przeżyłam fakt, że musiałam zrezygnować ze swojej pracy. Bardzo ją lubiłam i bardzo ciężko pracowałam by osiągnąć to co osiągnęłam. Czułam się bezsilna. Zawsze mogłam znaleźć jakieś rozwiązanie sytuacji, zawsze były jakieś drzwi do wyboru, natomiast choroba nie zostawiła mi żadnej alternatywy. Musiałam się jej poddać i nauczyć się z tym żyć. Musiałam swoje eleganckie stroje, garnitury, spódnice ołówkowe i obcasy zamienić na dres i t-shirt. Może ktoś mnie oceniać, nie dbam o to, ale to było dla mnie ważne. Choroba zmusiła mnie do tego, że nie robię już żadnych planów, nie marzę, nie realizuję się. Tak. Muszę skupić się na dziecku, które mnie bardzo potrzebuje, i na rodzinie, by przetrwała ten bardzo trudny okres. By przetrwała…

Jak pandemia wpłynęła na leczenie Hani i dostęp do leczenia?

Pandemia jakoś szczególnie nie wpłynęła na jakość opieki medycznej mojego dziecka. Na moje szczęście wybuchła, gdy Hanna miała już dwa lata i chyba najbardziej niestabilny czas za sobą. Szpital nas przyjmuje na kontrole regularnie, dostęp do lekarza rodzinnego jest nieograniczony. Może trudniej do specjalistów, ale jestem tak często w szpitalu, że zawsze mogę liczyć na fachową i życzliwą pomoc tamtejszego personelu. Za co bardzo dziękuję.

Jak zachować pozytywne nastawienie przy tak poważnej chorobie dziecka?

Pozytywne nastawienie przy chorobie dziecka jest to stan, który, według mnie bardzo trudno osiągnąć. Ja chyba do dnia dzisiejszego nie potrafię pozytywnie patrzeć na życie, na przyszłość. Choroba to bezkompromisowy przeciwnik. Nie da się z nim podpisać rozejmu, czy pójść na układ. A poddać się nie zamierzam. Staram się być pozytywnie nastawiona. Szukam jasnego oblicza tej sytuacji. Jednak ból i cierpienie mojego dziecka mnie czasem przerasta. A pocieszanie się faktem, że przecież inni mają gorzej i sobie radzą, uważam za nie na miejscu. Chociaż przyznam się, nie raz o tym myślałam.

Co byś powiedziała innym mamom, które są w podobnej sytuacji?

Nie ma takich słów, które mogłyby przynieść ulgę w bólu na widok chorego dziecka. Słowa: będzie dobrze, dasz radę, jesteś silna, nie poddawaj się tak naprawdę niewiele wnoszą. Jednak świadomość, że są mamy, które także walczą o życie dziecka, daje siłę, motywację i odrobinę ulgi. Dlatego radzę dzielić się bólem, ale z rodzicami, którzy ten ból zrozumieją, którzy go także przeżywają. Rodzice zdrowych dzieci, chociażby najbardziej chcieli, nie są w stanie wesprzeć, gdyż ich punkt widzenia jest diametralnie inny. Będzie jak będzie. Los pokaże.

Czujesz się superbohaterką? Lubisz gdy inni Cię tak nazywają? Czy potrzebujesz współczucia, chwalenia, że jesteś silna?

Absolutnie nie czuję się superbohaterką i nazywanie tak matkę chorego dziecka uważam za pomyłkę. Teoretycznie bycie superbohaterem jest bardzo pozytywne, tylko dlaczego nikt nie chce się ze mną zamienić? Jestem matką, która walczy o życie i zdrowie swojego dziecka. Matką, która dawno zapomniała o swoich planach czy marzeniach, bo po prostu nie ma na to czasu ani siły. Opieka nad takim wyjątkowym maluchem obejmuje całą dobę i nigdy nie daje pewności czy idzie się w dobrym kierunku. Proszę nigdy nie litować się nad taką matką. Proszę, by traktować ją jak zwykłego człowieka, co lubi czasem wypić kawę, pójść na zakupy czy zmienić farbę w pokoju. W tym miejscu chciałabym serdecznie podziękować mojej siostrze Elizie. Ona każdego dnia udowadnia mi, że wygrywam, że daję radę, że istnieje jeszcze inny świat poza tym szpitalnym i przesiąkniętym łzami. Ludzie boją się, że nieszczęścia są zaraźliwe i ograniczają kontakty do minimum. Niestety. Nie wiedzą często co powiedzieć i myślą, że mogą rozmawiać tylko o stanie zdrowia dziecka. Nieprawda! Ja jeszcze nie umarłam i czasem chciałabym być taką kobietą, jaką byłam przed urodzeniem Hanny.

Słyszałaś o Ogólnopolskim Stowarzyszeniu Osób Dializowanych? Wprawdzie działalność skupia głównie na osobach dorosłych ale trafiają tam też rodzice dzieci prosząc o pomoc, informacje. Ostatnio takie wsparcie otrzymały dzieci z wielotorbielowatością. Czy dzieciom tym najmniejszym w jakiś sposób Stowarzyszenie mogłoby pomóc? Stowarzyszenie raczej nie dysponuje środkami finansowymi, działalność w dużej mierze opiera się na wolontariacie.

Słyszałam o Ogólnopolskim Stowarzyszeniu Osób Dializowanych. Jednakże nie mam pojęcia w czym mogłoby mi pomóc? W czym wesprzeć? Nie korzystam obecnie ze wsparcia żadnych instytucji.

Czy chcesz na koniec coś dodać o czym wcześniej zapomniałaś a jest ważne?

Każdy z nas przeżywa ból na swój indywidualny sposób. Dlatego należy to szanować. Dla jednego jest ważne to, a dla drugiego co innego. Nikt nie powiedział, że w macierzyństwo wpisane jest poświęcenie i ból. Dlatego, jeżeli ktoś nie potrafi się z tym zmierzyć, albo po prostu nie chce, nie powinno się go oceniać. Proszę nigdy nie oceniać decyzji drugiego człowieka, gdyż każdy ma inną perspektywę i inne priorytety. I wcale nie znaczy, że gorsze.

My dopiero, tak naprawdę jesteśmy na początku tej trudnej drogi. Życzymy z Hanną wszystkim ogromu zdrowia, bo z resztą można sobie poradzić. Dziękujemy.

Mama Małgorzata Wawrowska

Jeżeli Ktoś z Państwa chciałby nas wesprzeć uprzejmie prosimy o tzw. 1 %  podatku. Dotychczas bardzo wielu Ofiarodawców nas wsparło, za co ogromnie dziękujemy. Poniżej link do naszego profilu na stronie Fundacji Dzieciom “Zdążyć z Pomocą”,  gdzie znajdziecie Państwo wszelkie szczegóły:

https://dzieciom.pl/podopieczni/35138

Autor wywiadu Dorota Ligęza

Może cię także zainteresować

Zostaw komentarz