osod@osod.info +48 (12) 625 46 13

Moja historia. Magdalena

“Jestem żywym dawcą”

Kocham swoje nerki – jedną w sobie a drugą w …. drugim człowieku.

Tak. Jestem żywym dawcą nerki a moja lewa nereczka od dwóch lat funkcjonuje w organizmie mojego Taty. To sytuacja jeszcze wyjątkowa w Polsce. Mało jest nas – żywych dawców. A szkoda.

Historia choroby Taty jest dość długa i sięga lat młodzieńczych.

Jakieś 40 lat temu  u dwudziestoletniego młodzieńca wyszedł zły wynik moczu. Ale jak to bywa, zbagatelizowano ten wynik, bo nie czuł się źle. Życie toczyło się swoim torem; nauka, praca itd., itp. Mijały kolejne lata; dom, żona, dzieci…. 

Jakieś 20 lat temu zaczęły się problemy zdrowotne. Zasłabnięcia, omdlenia, złe wyniki krwi i moczu. Zdiagnozowano chorobę nerek.

Od tej pory był pod  kontrolą u lekarzy specjalistów. Wyniki wychodziły raz gorsze raz lepsze. Tak mija kilka lat jako takiego życia.

Dużo rozmawialiśmy przez ten okres o chorobie i sposobach leczenia.

Jakieś 8-9 lat temu stan zdrowia Taty poważnie się pogorszył.

Został poddany przez nefrologów serii testów i badań mających na celu poprawę funkcji nerek. Przyjmował wówczas masę leków, które niestety nie zatrzymały choroby.

Jest rok 2015. Tata zostaje wpisany na listę do przeszczepu. Nie dializuje się jeszcze. Ja, jak to ja, siedząc w domu( chyba chora byłam), syn w zerówce( pięciolatek) wpadłam na genialny pomysł. Po ,,hugo” ma czekać na organ od dawcy zmarłego skoro może dostać ,,świeżynkę” ode mnie.  Od czego ma się w końcu córkę! Postanowiłam oddać Tacie swoją nerkę.

Spotykamy się dość często bo co 3 tygodnie na weekendy. Dzieli mnie od rodziców jakieś 6 km. Poinformowałam tatę o moim pomyśle. Rodzinka w szoku. Że co? No chyba zwariowałam. Mąż, syn, praca – a ja z takim pomysłem wyskakuję.

Mąż zna mnie bardzo dobrze. Jak tylko dowiedział się, że mój  tata  ciężko choruje domyślał się,  że będę chciała  jakoś pomóc.  Oczywiście dużo z mężem o tym  rozmawiałam. Nie widział problemu.  Tata za to kategorycznie odmówił. Wolał czekać. Lekarz jednak stwierdził, że to bardzo dobry pomysł.

Ruszyliśmy z przygotowaniami. W międzyczasie wyniki badań tak bardzo się poprawiły, że odwołano procedury. Tak minęło kilka miesięcy. Gdy wyniki znowu się pogorszyły, rozpoczęliśmy ponowne badania. I wtedy “zonk”. Okazało się że jestem w ciąży.  Znowu trzeba było wszystko odłożyć. Gdy synuś miał nieco ponad rok Tata w 2017 r. rozpoczął dializy.

Diagnoza, że będzie potrzebować dializy była oczywiście szokującą wiadomością nie tylko dla niego ale dla całej rodziny. 

Dla osoby aktywnej zawodowo  to porażka. Żadnych dłuższych wypadów za miasto, ograniczone godziny pracy.

Wyjazdy co drugi dzień na dializę były uciążliwe. Trzeba było wracać po 14 aby o 16 pojechać na dializę mimo, że nie miał daleko. W miejscowości gdzie mieszka jest stacja dializ.

Gdy młodszy synuś miał niecałe 2 latka a starszy 8 dostałam skierowanie do UCK w Gdańsku na badania kwalifikujące.

Machina z przeszczepem rodzinnym ponownie ruszyła. Miliony badań, tak mi się wydawało….

Było to najgorsze 8 dni w moim życiu. Badania nie były aż takie uciążliwe, jednak oczekiwanie na konsultacje lub badania się przeciągało. Raz lekarz był na urlopie, a to awaria sprzętu…. na zewnątrz zaś piękna wrześniowa pogoda a ja jak tan dudek kwitnę w szpitalu.

Wiedziałam jednak, że robię coś dobrego. Dzięki ogromnemu wsparciu najbliższych (mamy, siostry, męża, teściowej)  nie musiałam martwić się o dzieci.

Moją determinację  pomocy Tacie rozumiał mąż i rodzina. Były jednak i takie osoby, które pukały się w czoło słysząc o mojej decyzji. “Masz dzieci, męża a sama pchasz się pod nóż. A jak dzieci zachorują to co wtedy?”

Miałam chwile zawahania. A kto by nie miał. Może faktycznie wszystko odwołać?  Ale pomyślałam wtedy o Tacie i o Mamie. To oni powołali mnie na ten świat. Dali mi życie, miłość, całych siebie i moim, może nie obowiązkiem, ale takim podziękowaniem za wszystko co nam dali (mnie i siostrze) jest pomoc w powrocie do zdrowia.

Po gruntownej ocenie nerka okazała się pasować. Wyznaczono nam termin, no i 19 lutego 2019 nadszedł nasz wielki dzień –  dzień przeszczepu. To wielkie szczęścia, że mogłam być dawcą dla mojego Taty i m

mogłam mu podarować życie.

Dawca czyli ja miałam wówczas 35 lat a biorca – mój Tata miał 61 lat.

Nie czuję się jak bohaterka (tak nazywają mnie osoby które dowiedziały się o tym co zrobiłam). Jestem sobą, jestem kimś kim byłam 10 lat temu i kilka dni przed operacją. Matką, żoną, córką, siostrą, koleżanką czy sąsiadką.

Moje życie  zaraz po operacji wymagało trochę zmian. Mocno odczuwałam dolegliwości. Musiałam na siebie uważać.  Wcześniej niektóre rzeczy robiłam tak z marszu, bez zastanowienia a po operacji zwykłe odkurzenie mieszkania, powieszenie prania na suszarce czy prysznic były dla mnie nie lada wyzwaniem.

Przystosowanie  mieszkania ,,do operacji” polegało min. na zamianie łóżeczka młodszego synka (2 lata) na łóżko. Także starszy syn (8lat) został usamodzielniony i zaczął chodzić i wracać sam do szkoły.

Bycie dawcą oznacza też plusy. Co pół roku mam badania kontrolne,  Doceniam teraz bardziej każdą chwilę życia.  Zrozumiałam kruchość ludzkiego istnienia, to że każdego z nas może dotknąć choroba. Kocham bardziej swoja rodzinę. Nie ukrywam przed nikim  tego co zrobiłam. Jestem dumna z siebie, że miałam odwagę na taki czyn. Wśród znajomych propaguje ideę dawstwa organów za życia jak i po śmierci. 

Ja i Tata czujemy się wspaniale.

Tata po pół roku od przeszczepu wrócił do aktywności zawodowej i prawie normalnego życia. Faktem jest że teraz przyjmuje dużo leków ale za to możemy razem wyjeżdżać na kilkudniowe wycieczki bez obaw o dializy, o dietę, picie. Byliśmy na paintballu, kuligu, na biwaku nad jeziorem. Bardziej cieszymy się wspólnym życiem. Spotykamy się nadal często i jeszcze dodatkowo dużo rozmawiamy przez telefon. Prowadzimy aktywne życie.

Nie uważam się za osobę chorą (chociaż nią jestem z medycznego punktu widzenia – no bo przecież nerka mi nie odrośnie). Nie czuję większej różnicy w samopoczuciu z przed operacji a teraźniejszością.  Na świat patrzę może bardziej optymistycznie, z poczuciem dobrze spełnionego ,,obowiązku”.

Jednym z często zadawanych mi pytań jest: “czy zrobiłabym to jeszcze raz”. Odpowiadam, że nie. Drugiej nerki nie oddam za „Chiny”. Ale gdyby ktoś z rodziny potrzebował  szpiku, fragmentu płuca czy wątroby to zapewne zrobiłabym to ponownie, żeby ukochana osoba mogła żyć w zdrowiu. 

Nie świętujemy rocznicy przeszczepu jakoś szczególnie. Wspólne wyjazdy na badania kontrolne są dla nas takim czasem celebrowania tego co razem przeżyliśmy. Wspominamy życie przed operacją.

Rada dla innych…..

Nie poddawajcie się, nawet gdy po drodze napotkacie przeszkody.    Pamiętajcie – “Po burzy zawsze wychodzi słońce”.

Niech najbliżsi będą dla Was takim słonkiem dodającym otuchy. Rodzina chorego może  dużo zmienić, może uratować życie proponując pomoc….

Magdalena Bach

Może cię także zainteresować

Zostaw komentarz